English version
Drukuj

Musimy być gotowi na wyzwania - rozmowa z dr. W. Myśleckim

ICHP - prof. W. Myślecki z JM Rektorem prof. Tadeuszem Trziszką
Dr inż. Wojciech Myślecki, profesor honorowy Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu o swoich związkach z uczelnią i wyzwaniach, jakie niesie otaczająca nas rzeczywistość - w rozmowie z Katarzyną Kaczorowską ("Głos Uczelni", Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu)

dr Wojciech Myślecki z JM Rektorem UPWr
prof. Tadeuszem Trziszką


Czy to jest trudne zadanie oswajać ze sobą świat nauki i szeroko rozumianego przemysłu? Pan robi to praktycznie od początku polskiej transformacji.
1989 rok to jest swoista cezura, kiedy zakończyłem działalność opozycyjną – i to w twardych strukturach podziemnych Solidarności Walczącej – którą łączyłem z pracą naukową i dydaktyką w Politechnice Wrocławskiej. Nie było to łatwe, bo często trud pracy był przerywany aresztowaniami bądź zatrzymaniami, tym nie mniej starałem się w latach 80. utrzymać przyzwoity poziom w pracy dydaktycznej i naukowej. Wiedziałem, że dla mnie nie będzie ulgowej taryfy w okresowej ocenie nauczycieli akademickich, gdyż na komisję kwalifikacyjną próbowano naciskać, aby znaleźć podstawę do zwolnienia mnie z uczelni w oparciu o niewywiązywanie się z obowiązków. Muszę z satysfakcją stwierdzić, że członkowie tych komisji – z nielicznymi wyjątkami – nie ulegali tym naciskom.

Ale nie udało się Pana zwolnić.
Dwukrotnie wystawiono mi bardzo dobrą ocenę. Ale dzięki temu przyzwyczaiłem się łączyć pracę naukową i dydaktyczną z czasochłonnymi formami działalności podziemnej, co pozwoliło mi później na włączenie się w transformacje polskiej gospodarki bez uszczerbku w pracy na uczelni. Moja droga do przebudowy polskiej gospodarki, dydaktyki, kształcenia w nowych kierunkach związanych z otwartością Polski na gospodarkę wolnorynkową i współpracę z firmami zachodnimi zaczęła się jeszcze przed rokiem 1989 roku.

A kiedy?
Solidarność Walcząca miała liczne kontakty międzynarodowe i kontakty z polskimi elitami opozycyjnymi. Napływało do nas wiele różnych, ciekawych informacji i byliśmy zanurzeni w rzeczywistości politycznej i gospodarczej, która otaczała Polskę, mając jednocześnie orientację w tym, co się działo się w kraju. Po wielkiej amnestii w 1984 roku przystąpiliśmy więc do analizy, co robimy dalej. Z jednej strony utrzymaliśmy podziemne struktury, ale równocześnie rozpoczęliśmy przygotowywanie się do potencjalnie zasadniczej zmiany politycznej. To co pisaliśmy o obaleniu systemu realnego socjalizmu nie było chwytem propagandowym, ale podstawowym i poważnie traktowanym elementem programowym. Zaczęliśmy prace nad nowym programem w połowie 1985, a w 1987 roku mieliśmy bardzo nowoczesny, jak na owe czasy, program, w którym założyliśmy upadek socjalizmu realnego, wyjście Polski z bloku komunistycznego. Przewidywaliśmy rozpad Związku Radzieckiego i wybijanie się na niezależność i demokrację również krajów ościennych: Czech i Słowacji. Przewidzieliśmy zresztą, że powstaną dwa państwa na gruzach socjalistycznej Czechosłowacji, tak jak przewidzieliśmy zjednoczenie Niemiec. Dla mnie więc upadek PRL, stosunkowo szybkie dojście do podstaw demokracji, otwartość na wolny rynek i szybkie nawiązanie relacji gospodarczych z Zachodem, nie zawsze korzystnych dla nas, nie było zaskoczeniem. Wiedziałem też, że najsłabszą stroną tej wielkiej transformacji, do której przystąpiliśmy w 1989 roku, są kadry.

ICHP - prof. W. MyśleckiTo znaczy?
Za czasów PRL mieliśmy niezłych inżynierów, którzy potrafili w tamtych mocno absurdalnych uwarunkowaniach ekonomicznych jakiś przemysł zbudować. Problemem było zarządzanie w warunkach gospodarki wolnorynkowej. W jego rozwiązaniu niebagatelną rolę odegrał profesor Andrzej Wiszniewski, pierwszy demokratycznie wybrany rektor Politechniki Wrocławskiej, który nawiązał kontakty z uniwersytetami amerykańskimi i z ich pomocą, szczególnie uniwersytetu stanu Connecticut, uzyskał dosyć duże środki na specjalne systemy kształcenia zarówno nauczycieli, tzw. trenerów, jak i młodych ludzi z przemysłu. Nakłoniliśmy też Amerykanów do wydzielenia pewnej puli pieniędzy na kształcenie młodych inżynierów w wielkich zakładach przemysłowych. Udało się przeprowadzić dwuletnie Studium z gospodarki wolnorynkowej w KGHM Polska Miedź. Kierował nim wybitny profesor Thomas Hexner z Harvard School of Business.
Realizowaliśmy w języku angielskim amerykański program dydaktyczny pozwalający później na utworzenie funkcjonujących do dzisiaj studiów podyplomowych. Pierwszą edycję studium amerykańskiego ukończyli obecny premier Mateusz Morawiecki, prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło i późniejszy wiceszef wywiadu wojskowego, już nieżyjący pułkownik Jacek Połujan. Równocześnie z poparciem rektora Politechniki Wrocławskiej profesora Andrzeja Wiszniewskiego uruchomiliśmy specjalne dwuletnie amerykańskie studium dla inżynierów i ekonomistów z KGHM. Zaczęło 40 osób i praktycznie tyle samo ukończyło ten kurs. Kurs był strzałem w dziesiątkę, bo ta wyszkolona grupa ludzi przekształciła KGHM z socjalistycznego przedsiębiorstwa państwowego w spółkę o globalnym statusie. Kombinat był po prostu kopalnią rudy i producentem miedzi, nie handlował własną miedzią, nie wiedział nawet, jak ten handel wygląda. To studium unaoczniło uczestnikom konieczność fundamentalnej zmiany. W zdeterminowany sposób przebudowali całą strukturę organizacyjną pod kątem gospodarki wolnorynkowej. Następnie rektor Wiszniewski poprosił mnie, żebym zorganizował...

…kolejne szkolenia?
Tak, rząd francuski i Fundacja Solidarność Francusko-Polska, która wiele zrobiła dla Polski w czasie stanu wojennego, podjęli decyzję, że należy wspierać kształcenie młodych ludzi w gospodarce wolnorynkowej. Francuzi narzucili troszeczkę inny niż Amerykanie standard nauczania.

Jaki?
Amerykanie szli w kierunku zdecydowanych biznesowych form gospodarki wolnorynkowej. Francuzi zaproponowali nam studium podyplomowe z prestiżowym dyplomem Mastere’a w zakresie wielkich projektów przemysłowych, a więc naukę zarządzania takimi projektami . Miałem zaszczyt kierować tym studium przez wiele lat. Część zajęć odbywała się w Polsce, część we Francji. I znów powstała liczna grupa ludzi przygotowanych do zmierzenia się z wyzwaniami, jakie niesie współczesna gospodarka w warunkach globalnej konkurencji. Absolwentami tej szkoły, skupiającej licznych frankofilów, byli choćby prezesi KGHM Stanisław Siewierski czy Mirosław Krutin. Ja również skończyłem amerykańską szkołę zarządzania i wykorzystując wiedzę tam nabytą zacząłem pracować jako ekspert gospodarczy. Taka była moja droga od nauki, dydaktyki i opozycji do promowania i kreowania nowych form dydaktycznych oraz pracy w gospodarce.

ICHP - prof. W. Myślecki przyjmuje tytuł honorowego profesora UPWr z rąk JM Rektora prof. Tadeusza TrziszkiW jaki sposób te elitarne formy kształcenia wpływały na dydaktykę na Politechnice?
Pilnowaliśmy, żeby część miejsc w każdej edycji studium była przeznaczona dla pracowników naukowo-dydaktycznych, którzy po jego ukończeniu przenosili zdobytą wiedzę do własnych zajęć lub stopniowo zastępowali zagranicznych wykładowców.


dr W. Myślecki przyjmuje tytuł honorowego profesora UPWr
z rąk JM Rektora prof. Tadeusza Trziszki



Czego nauczyli was Amerykanie i Francuzi?
Amerykanie propagowali wtedy neokonserwatywne i neoliberalne podejście – najważniejsza była własność prywatna, a efekty dawała tylko twarda polityka monetarna. W myśl tej koncepcji trzeba stawiać tylko na ludzi przebojowych i ambitnych , którzy będą szli do przodu a reszta lepiej lub gorzej z tego później skorzysta. Dzisiaj uważam, że ich podejście narzuciło Polsce zbyt szybką, nie do końca kontrolowaną prywatyzację z założeniem, że w rękach państwa powinno zostać to, co już absolutnie nie będzie się opłacać prywatnemu biznesowi. Małą uwagę przykładali np. do księgowości, znacznie większą koncentrując na operowaniu na kapitale, przepływie pieniądza, różnych instrumentach finansowych, których u nas jeszcze nie było. Absolwenci studium amerykańskiego świetnie się później orientowali w operacjach zagranicznych, eksporcie, złożonych formach finansowania z udziałem kapitału zagranicznego. Francuzi natomiast przywiązywali dużą wagę do prawidłowej organizacji przedsiębiorstwa, precyzyjnych procedur, umiejętności zarządzania projektami, ludźmi i zasobami produkcyjnymi. To było inżynierskie podejście, ale zarazem na wysokim poziomie dostosowanym do gospodarki wolnorynkowej. Jak widać, każdy model dawał inne spojrzenie na gospodarkę i przedsiębiorstwo, inne narzędzia i umiejętności, ale cel był ten sam – dobrze funkcjonująca gospodarka.

Zaangażował się Pan w tworzenie kilku parków technologicznych, ale szczególnie dla nas istotne są Wrocławski Park Przemysłowy i Wrocławski Park Technologiczny. Z czego wzięła się potrzeba stworzenia takich struktur?
Parki przemysłowe są pokłosiem nie tylko uruchomienia opisanych przeze mnie form edukacyjnych, ale też kontaktów z Francuzami, którzy tutaj przyjeżdżali. To oni nam pokazali, jak wdrażają restrukturyzację gospodarki, rozwijanie jej nowych gałęzi i przekształcania upadających branż. Okazało się, że jest możliwe na terenie upadającej fabryki stworzenie nowej przestrzeni dla rozwoju gospodarczego. W ten sposób możliwe stało się przeskoczenie dwóch rewolucji przemysłowych, z XIX od razu do XXI wieku w system parków technologicznych i przemysłowych, stających się narzędzie restrukturyzacji, ale też i promowania np. start-upów.

Ale chyba też zarządzania ryzykiem społecznym – upadek istotnego na danym terenie przedsiębiorstwa oznacza wzrost bezrobocia.To było niewątpliwie wsparcie dla regionów, które w taki czy inny sposób likwidowano upadające tradycyjne przedsiębiorstwa. Przykładem jest sukces strefy przemysłowej w Wałbrzychu. Została stworzona, bo skutkiem zlikwidowania wałbrzyskiego zagłębia węglowego było wysokie bezrobocie i konieczne było wsparcie inwestycji w nowoczesne branże przemysłowe. Ale musimy sobie szczerze powiedzieć, że najczęściej beneficjentami tego typu programów, parków, stref nie są ci, którzy wskutek zmian stracili pracę. Tak naprawdę korzysta region, a poprawa sytuacji w regionie siłą rzeczy wpływa na spadek bezrobocia.

Pana związki z Uniwersytetem Przyrodniczym zaczęły się w WPT, gdzie realizowany był projekt Ovocura rektora Tadeusza Trziszki.
Zaczęły się wcześniej – w latach sześćdziesiątych jako student pracowałem, ze względu na trudną sytuację materialną, w waszej uczelni w zakładzie produkcji pomocniczej na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej, gdzie zresztą dorabiali też utytułowani pracownicy. Produkowaliśmy płyn fizjologiczny. Ale bywało też w nagłych sytuacjach, że pomagałem jako asystent przy nagłych operacjach na zwierzętach. W marcu 1968 roku, kiedy wybuchły studenckie protesty i strajki okupacyjne, byłem łącznikiem między strajkującymi na Politechnice i innymi uczelniami. Moim zadaniem było dotarcie z informacją o przebiegu strajku w Politechnice do pozostałych wrocławskich uczelni. Utworzyliśmy międzyuczelniany komitet strajkowy. Wygłaszałem też podnoszące na duchu przemówienia, mówiłem, dlaczego strajkujemy i o co nam chodzi. Jak widać, już wtedy miałem wyraźnie opozycyjne nastawienie.
Wracając do czasów nam współczesnych – z profesorem Trziszką byliśmy razem w radzie nadzorczej tworzonego Wrocławskiego Parku Technologicznego i wspólnie żeśmy rozwiązywali szereg problemów. Profesor Trziszka już wtedy był bardzo otwarty na nowe formy współpracy uczelni z gospodarką i chciał znaleźć klucz do budowy tych relacji. Obecnie nasza współpraca jest stała i intensywna, gdyż widzę duży potencjał tkwiący w waszym programie Zielonej Doliny.

Zaangażował się Pan osobiście w ten program.
Tak, z moją pomocą z programu uczelnianego i regionalnego został przekształcony w pilotażowy program państwowy, a następnie wpisany już bezpośrednio jako jedyny program z Dolnego Śląska do średniookresowej strategii rozwojowej Polski. To wielki sukces Waszej uczelni.

Dlaczego?
Ten program wykreuje nowe formy współpracy uczelni z szeroko rozumianą gospodarką, już nie tylko dużym przemysłem, ale też drobnymi producentami produktów żywnościowych oraz układem kooperacyjnym miedzy producentami a przetwórstwem. Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu jest czołową uczelnią nie tylko w Polsce w kwestii nowego podejścia do żywności jako czynnika wpływającego pozytywnie na zdrowotność społeczeństwa, jego kondycji intelektualną i fizyczną. A poza tym, mnie koncepcja Zielonej Doliny autentycznie zafascynowała.

Jak przekonał Pan rząd i premiera do wpisania Zielonej Doliny do strategii rozwoju kraju?
Politykę na styku między tak liczącą się instytucją, jak uczelnia a rządem, kształtuje się na poziomie dyrektorów departamentów i wiceministrów. Do premiera dociera gotowy i przedyskutowany program.
Słowem, zbudowaliśmy prawidłowe i funkcjonalne relacje między uczelnią i kołami rządowymi. Kiedy sprawa trafiła w końcu na biurko premiera, miałem okazję osobiście mu ją zreferować, a jego poparcie miało istotne znaczenie dla podjęcia decyzji o wpisaniu programu do państwowej strategii odpowiedzialnego rozwoju.

Jest Pan przewodniczącym Zespołu Nowych Technologii Wytwarzania Energii przy Narodowym Centrum Badań i Rozwoju. Czy w Pana ocenie jesteśmy w Polsce na etapie rywalizacji, kooperacji czy ciągle jeszcze oswajania się wzajemnego przemysłu i nauki? Jakiś czas temu zdecydowano, że we wnioskach o granty w NCBiR kluczowy jest partner z przemysłu, który do współpracy zaprasza naukowców.
I znów musimy cofnąć do początków polskiej transformacji. Z jednej strony, dobrze, że ją zrobiliśmy szybko, bo wykorzystaliśmy zamykające się obecnie krótkie okno historycznej szansy powrotu do rodziny rozwiniętych krajów Europy Zachodniej, co pozwoliło nam przerzucić się ze Wschodu na Zachód – żeby to zrobić, musieliśmy spełnić oczekiwania i wymogi, w tym zbudować nowoczesne struktury bankowo-finansowe i podstawy nowoczesnej gospodarki wolnorynkowej. Konsekwencja tego było wpuszczenie w główne, często strategiczne obszary polskiej gospodarki, wielkich firm zagranicznych, które miały gotowe struktury, kadry, wiedzę, know-how i swoje interesy, za co zapłaciliśmy często wysoka cenę likwidacji naszych przedsiębiorstw a nawet całych gałęzi i branż gospodarczych. Często to była świadoma polityka, ale w tle znalazła się jedna rzecz, która nie była brana pod uwagę.

Jaka?
Te firmy mają swoje laboratoria i swoje zaplecze. Nasze uczelnie, które poprzednio w przemyśle były obecne, przestały być potrzebne. Upadek wielkich zakładów jak choćby Hutmen siłą rzeczy odbił się i na możliwościach badawczych i wdrożeniowych uczelni. Dla Uniwersytetu Przyrodniczego takim bolesnym ciosem było na przykład rozbicie przetwórstwa, świetnie zorganizowanego na Dolnym Śląsku nawet w PRL. Dlatego dobrze się stało, że powstały parki technologiczne, strefy przemysłowe i programy ukierunkowane na innowacje. Koncepcja wspierania rozwoju współpracy uczelni przemysłu przez NCBiR, o której mówimy, jest pomysłem z Wrocławia. Profesor Chorowski, który stanął na czele Centrum, uznał, że należy wyciągnąć wnioski z procesu osłabienia więzów uczelni z przedsiębiorstwami i instytucjonalnie wymusić powiązania między uczelniami i przemysłem poprzez występowanie we wspólnych projektach z przedsiębiorstwami wraz z konkretnymi wskazaniami, czym się ma zakończyć dany projekt i jaki ma być potencjalny efekt końcowy. Czasami to może być pośredni etap, za którym nastąpi już wdrożenie, ale generalnie chodziło o stosowanie żelaznej zasady współpracy uczelni z przemysłem. Profesor Chorowski zrobił bardzo dużo, ale nie doprowadził swojego pomysłu do końca ze względu na opór środowiskowy. Złożył rezygnację. Dlatego bardzo dobrze się stało, że program Zielona Dolina został wpisany do strategii państwa, co daje stabilna podstawę jego kontynuacji.

Jak ocenia Pan obecną pozycję Polski i polskiej gospodarki?
Przede wszystkim wykorzystaliśmy korzystnie dla Polski okres transformacji między rokiem 1989 a 2019. Jesteśmy liczącym się członkiem Unii Europejskiej. Konsekwentnie próbujemy zorganizować grupę państw rozpostartych w środkowoeuropejskim pasie północ-południe wokół koncepcji budowy korytarza gospodarczego, infrastrukturalnego i militarnego od krajów skandynawskich do Bałkanów. Będzie to realizowane poprzez podjęcie wielkich infrastrukturalnych inwestycji jak via Carpatia czy via Baltica. Nas na Dolnym Śląsku Interesuje przebicie Odry do Dunaju – w projekcie rewitalizacji znaczenia Odry jako strategicznej wodnej magistrali transportowej bierze udział Uniwersytet Przyrodniczy. Rysują się więc nowe szanse rozwojowe, ale też i nowe zagrożenia.

Czyli?
Pierwszym istotnym zagrożeniem jest radykalna zmiana polityki amerykańskiej wynikająca z przyczyn obiektywnych – Ameryka coraz bardziej ustawia się na długoterminową rywalizację z Chinami. Najbliższe 100 lat będzie historycznym procesem szukania nowej równowagi w układzie światowym i czasem rywalizacji między dwoma centrami: Zachodem ze Stanami Zjednoczonymi na czele i Chinami, które mają świadomość swojej historii, tradycji oraz dziedzictwa i wiedzą, że skończył się czas pomiatania Państwem Środka. To rosnąca potęga, z poważnymi urazami w stosunku do Zachodu, dość wymienić wojny opiumowe. Ta rywalizacja jednak oznacza, że Stany Zjednoczone uważają, iż Europa powoli powinna sama sobie dawać radę ze swoimi problemami. Dla nas z kolei problemem poważnym i realnym – bez jakiegokolwiek zacietrzewienia – są Niemcy, zbyt potężne na samodzielną Europę. Po zjednoczeniu jest to terytorialnie i ludnościowo największe państwo Unii Europejskiej z największą gospodarką ide facto z kontrolą nad euro, bo euro to jest przefarbowana marka. To, co spędzało sen z oczu polityki europejskiej przez kilkaset lat, czyli wielkie zjednoczone Niemcy, znowu się zmaterializowało. Niemcy mają inną koncepcję równowagi europejskiej i inną wizję Europy niż np. Amerykanie. Przyzwyczajeni do tego, że jest NATO, musimy dostrzec, że może dojść do sytuacji, w której Stany Zjednoczone będą skupione na aktywności w rejonie Pacyfiku, a my zostaniemy sami ze zanarchizowanym Bliskim Wschodem. Europa idzie ideowo w kierunku społeczeństwa otwartego, pokojowego i skupionego na wolnej i samorealizującej się jednostce. Nie kształcimy młodzieży w rzemiośle wojskowym, w dyscyplinie i wyrzeczeniach i nagle mamy być samodzielni wobec dramatycznych wyzwań.

Czyżby zasugerował Pan zagrożenie wojną?
Niemcy nie są zagrożeniem. Niemcy są problemem i to nie tylko naszym, ale Unii Europejskiej. Unia była formą zrównoważenia i ucierania się rozlicznych, często sprzecznych interesów stabilizowanych porozumieniem niemiecko-francuskim. Ale silnik francusko-niemiecki już nie chodzi tak sprawnie. Francja jest dużo słabsza od Niemiec, które niestety dla nas mają odwieczną tendencję traktowania Rosji jako swojego naturalnego zaplecza i to mimo tego, że z Polską mają wymianę gospodarczą prawie trzy razy większą niż z Rosją. Jesteśmy dla nich dużo większym i ważniejszym partnerem gospodarczym choćby z tego względu, że funkcjonujemy w ich łańcuchu kooperacyjnym. Bez wielu podzespołów czy części produkowanych w Polsce niemiecki przemysł samochody stanie. Ale jednocześnie kiedy jest możliwość dojścia do porozumienia z Rosją wbrew polskim interesom, to Niemcy będą tego porozumienia szukać. Nie możemy też nie dostrzegać jeszcze jednej kwestii – jeżeli Amerykanie podjęliby decyzję o wycofaniu swoich wojsk, to Niemcy musieliby zdecydować, czy pozostają bezbronni, czy wykorzystują potęgę i wysoką technologię własnej gospodarki do budowy w ciągu kilku lat potężnej armii. To wszystko są problemy, z którymi trzeba się zmierzyć, trzeba je analizować, szykować możliwe warianty postępowania na wypadek zaistnienia niebezpiecznych sytuacji. Im silniejsza będzie Polska, tym większe są nasze szanse na przetrwanie i pokonanie potencjalnych zagrożeń. A co jest siłą państwa? Jego zdolność, aby przy zaistnieniu zagrożeń, nie powiem już wojny, ale np. blokad, zapewnić własnym obywatelom podstawowe bezpieczeństwo przeżycia, w tym ciągłość dostaw ciepła, energii elektrycznej i żywności.
Program Zielonej Doliny ma w tym kontekście istotny komponent, który bardzo zainteresował struktury państwowe i rządowe – to odbudowa układu kooperatyw i pośrednictwa w nowoczesnym przetwarzaniu żywności, ze znakiem ekologicznym, w oparciu o przedsiębiorstwa polskie.
Ten program oznacza bardzo zdecydowany wzrost bezpieczeństwa żywnościowego Polski.

Tylko jak to bezpieczeństwo zostanie zbudowane, jeśli problemem polskiego przetwórstwa i produkcji rolnej jest brak współpracy na poziomie lokalnym.
O tym stale dyskutujemy w kręgu ludzi zainteresowanych Zieloną Doliną. Bierzemy za przykład świetnie funkcjonujące kooperatywy w Toskanii, gdzie producenci potrafią wykorzystać do promocji swoich produktów siłę znaku regionalnego. Rioja to kolejny przykład siły regionalnej kooperacji, tym razem z Kraju Basków, gdzie z przemysłu winiarskiego o złej opinii stworzono jeden z najbardziej liczących się na świecie regionów winiarskich właśnie poprzez utworzenie układu kooperatyw i regionalną komisję kwalifikacyjną, której obiektywizm i bezwzględność w trzymaniu standardów wymusiła nową jakość produkcji. My zamierzamy to samo zrobić. Już prowadzimy rozmowy na temat całego systemu certyfikacji i znaków Zielonej Doliny, opartych na obiektywnych kryteriach naukowych. Ale oczywiście kluczem do powodzenia jest też odbudowa kapitału społecznego, bo to on w połączeniu z autorytetem uczelni daje szansę powodzenia.

Czym jest dla Pana wyróżnienie tytułem profesora honorowego Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu?
To dla mnie ogromy zaszczyt, nie wiem, czy do końca zasłużony. Społeczność akademicka Uniwersytetu – jak wiem, podjęła praktycznie jednomyślnie decyzję o przyznaniu mi tego tytułu, a przecież środowisko akademickie nie jest łatwe do przekonania, tym bardziej, że wywodzę się z innej, technicznej uczelni, więc powtórzę – to zaszczyt, który przyjąłem z wdzięcznością.

Ma Pan już pomysły na najbliższy rok?

Nawet jakbym nie miał, to inni mają mnóstwo pomysłów, jak mnie zagospodarować i o nadmiar wolnego czasu nie muszę się martwić. (śmiech)


źródło:
http://www.glos.upwr.edu.pl/aktualnosci/50556/wojciech_myslecki_musimy_byc_gotowi_na_wyzwania.html
fot. Tomasz Lewandowski